Farma dyniowa to dla mnie odskocznia od korporacji – mówi MACIEJ BIERNAT.
Współtwórca farmy w Niewiarowie.
Kolorowe dynie, kukurydziany labirynt, jesienne dekoracje i miejsce stworzone z potrzeby zatrzymania się na chwilę. W Niewiarowie, w gminie Gdów, powstał niezwykły zakątek, który szczególnie jesienią nabiera bajkowego charakteru. To Ogród Mała Bajka – sezonowa farma dyniowa stworzona przez Maćka i Karolinę, łącząca rolnictwo, rekreację i rodzinną zabawę.
– Skąd wziął się pomysł na stworzenie farmy dyniowej?
Pomysł pojawił się podczas wizyty na farmie dyniowej w Wawrzeńczycach. Zobaczyliśmy, jak to wygląda, i stwierdziliśmy, że mamy miejsce, w którym moglibyśmy stworzyć coś podobnego. Postanowiliśmy spróbować. Obecnie jesteśmy już w drugim sezonie i widzimy, że farma zaczyna się rozkręcać.
– Jak wiele osób Was odwiedza?
W ubiegłym roku dopiero debiutowaliśmy, więc wszystko odbywało się na mniejszą skalę. Odwiedziło nas wtedy około 600 osób. W tym roku trudno jeszcze dokładnie policzyć wszystkich gości, ale już teraz widzimy, że jest ich zdecydowanie więcej. Cieszy nas również to, że wiele osób jest tu po raz kolejny.
– Ile odmian dyni można znaleźć na farmie?
Około 16. Początkowo posadziliśmy i posialiśmy 14, ale pojawiło się też kilka samosiejek, czyli roślin, które wyrosły z pozostałości po ubiegłym sezonie. Najwięcej mamy dyni Hokkaido – jest bardzo dobra do jedzenia i zajmuje sporą część uprawy. Jeśli natomiast liczyć pojedyncze owoce, prawdopodobnie najwięcej jest małej, białej dyni Baby Boo. Na jednym krzaku rośnie jej bardzo dużo.
– Oprócz dyń były tu również tulipany. Czy wrócicie jeszcze do tego pomysłu?
– W zeszłym roku mieliśmy około 3000 tulipanów. Okazało się jednak, że aby stworzyć naprawdę atrakcyjne miejsce, potrzebowalibyśmy znacznie większej skali – myślę, że około 30 tysięcy kwiatów. Dlatego na razie skupiamy się na dyniach, ale niewykluczone, że kiedyś wrócimy do tulipanów.
– Farma to nie tylko uprawa, ale również miejsce przygotowane z myślą o odwiedzających.
– Tak. Do popularności farm dyniowych bardzo przyczyniają się właśnie miejsca do robienia zdjęć, tak zwane fotospoty. Mamy ich sporo. Są też atrakcje dla dzieci, między innymi piaskownica z soją zamiast piasku, dyniowe kółko i krzyżyk czy warcaby. Są również trzy króliczki w kolorach dyniowych, w przyszłym roku chcielibyśmy trochę więcej zwierząt, ale nie mieszkamy przy farmie, wiec opieka nad nimi jest utrudniona. Jedna z głównych atrakcji jest labirynt w kukurydzy. Znajduje się na powierzchni około pół hektara. Przygotowaliśmy w nim również grę terenową w formie bingo. Trzeba znaleźć ukryte elementy. Co ciekawe, nawet ja nie znam wszystkich ich lokalizacji, bo część z nich chowała Karolina.
– Kto wymyślał wszystkie atrakcje i dekoracje?
Wspólnie. Oczywiście inspirowaliśmy się trochę amerykańskimi farmami dyniowymi, które są tam bardzo popularne, ale wiele rzeczy wymyślaliśmy sami. Czasami wystarczyło zobaczyć gdzieś starą rzecz i pomyśleć : „Z tego można zrobić fajną ozdobę”. Tak powstał między innymi domek wiedźmy, zrobiony ze starego pojemnika na zboże.
– Pomysł na farmę pojawił się razem z Karoliną. Dziś jesteście już narzeczeństwem.
Tak. Kiedy odwiedziliśmy pierwszą farmę dyniową, byliśmy jeszcze parą. Teraz Karolina jest już moją narzeczoną. W przyszłym roku planujemy ślub, więc można powiedzieć, że w tym sezonie zbieramy również na wesele.
– Czy w takim razie sesja ślubna odbędzie się wśród dyń?
– Ślub mamy zaplanowany na koniec czerwca, więc na sesję wśród dyń będzie trochę za wcześnie. Może uda się zrobić jakąś sesję poślubną.
– Prowadzicie farmę razem, ale na co dzień pracuje Pan w zupełnie innej branży.
– Tak. Zawodowo pracuję w finansach, w korporacji. Co ciekawe, przez większość życia trochę broniłem się przed rolnictwem. Mój tata jest wielkim miłośnikiem rolnictwa, przez wiele lat uczył również przedmiotów związanych z tą dziedziną. Ja natomiast długo nie wyobrażałem sobie pracy w polu. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. Odkryłem, że uprawa, z której można przygotować jedzenie, jest naprawdę przyjemna. Człowiek wie, co je. Farma stała się dla mnie również formą relaksu i odskocznią od pracy.
– Czyli praca w polu może być odpoczynkiem od korporacji?
Zdecydowanie. Czasami jest tutaj sporo ciężkiej pracy, ale po ośmiu godzinach przed komputerem nawet wysiłek fizyczny w polu może być bardzo relaksujący. Pracuję z Ameryką Południową, więc mam też dość specyficzne godziny pracy. Farma daje mi możliwość oderwania się od tego wszystkiego.
– Stawiacie również na naturalną uprawę.
Tak, staramy się prowadzić uprawy możliwie naturalnie, bez nawozów i oprysków. Oczywiście oznacza to również pewne problemy dynie, podobnie jak inne rośliny, są atakowane przez choroby grzybowe. Na szczęście w tym momencie sezonu nie wpływa to już znacząco na rozwój owoców.
– Czy dynie z farmy można kupić i wykorzystać w kuchni?
Oczywiście. Większość naszych odmian jest jadalna. Mamy tylko około trzech odmian typowo ozdobnych. Jest też sporo ciekawych odmian, między innymi dynie piżmowe czy Lunga di Napoli. Do zupy szczególnie polecam Hokkaido. To bardzo wygodna dynia, ponieważ jako jedna z nielicznych nie wymaga obierania. Jej skórka jest miękka i smaczna, więc można ją gotować w całości. Mamy też odmianę Trumf, która ma bezłupinowe pestki. Można więc kupić Hokkaido, ugotować z niej zupę, a pestkami z dyni Trumf posypać ją na wierzchu.
– Na Waszym profilu w mediach społecznościowych na Instagramie czy Tik Toku pojawiają się również przepisy.
Tak. Stopniowo dodajemy kolejne. Są już między innymi: ciasto z dyni bambino oraz dyniowa zupa krem, a wkrótce pojawią się placuszki czy tortille. W przygotowywaniu przepisów pomaga nam moja mama – wymyśla, co można ugotować, i pomaga przy nagrywaniu.
– Do kiedy można odwiedzać farmę?
W tym roku sezon rozpoczęliśmy od 5 września, jesteśmy otwarci w każdy weekend, do ostatniego weekendu października. W listopadzie zamykamy farmę.
– A ile kosztuje wejście?
Bilet normalny kosztuje 20 zł, ulgowy 15 zł, a dzieci do czwartego roku życia wchodzą bezpłatnie.
– Czy planujecie rozwijać farmę w kolejnych latach?
– Tak, zdecydowanie. Bardzo nam się ta praca podoba. Cieszy nas liczba odwiedzających i to, że ludziom się tutaj podoba. Szczególnie miłe jest to, że wiele osób wraca. W zeszłym roku farma była znacznie mniejsza i sami uważaliśmy, że nie wyglądała jeszcze tak dobrze, a mimo to goście byli zadowoleni. Teraz uczymy się coraz więcej o uprawie, próbujemy nowych odmian i chcemy, żeby farma z roku na rok się rozwijała. Mamy jeszcze wiele pomysłów…
Rozmawiała: Wioleta Chmiela
















