Każda złotówka zwiększa szanse na przeżycie Pawła

Każda złotówka zwiększa szanse na przeżycie Pawła

Dwie sympatyczne, eleganckie kobiety: Agnieszka – mama i Weronika – jej dwudziestokilkuletnia córka, siedzą przy stole w gdowskim Centrum Kultury i czekają na pytania. To dla nich nie nowina, bo od dwóch miesięcy, przekazując informacje o chorobie Pawła – męża i ojca – starają się ratować mu życie. Nie sprawiają wrażenia nieszczęśliwych, chociaż to, co mówią – porusza każdego. Opowiadają rzeczowo, składnie, konkretnie, prawie bez emocji: 43-letnia Agnieszka, będąca w stadium raka, w którym pozostało już tylko leczenie paliatywne oraz Weronika, walcząca ramię w ramię z nią o zdrowie swojego taty.

Ile warte jest życie?

Udają, grają? Nie – im po prostu zabrakło już łez. Czas na płacz – przynajmniej przed obcymi – minął. Nie żalą się, tym bardziej, że i tak nikt nie jest w stanie wczuć się do końca w ich sytuację. Czasem lepiej po prostu milczeć. Wiedzą, że życie Pawła mogą uratować tylko poprzez działanie. Więc robią, co mogą, by zdobyć pieniądze, bo każda złotówka zwiększa szanse na przeżycie. W akcję zaangażowana jest także druga córka Pawła – Klaudia, która działa w terenie. Ich rodzinny dom w Dobranowicach koło Wieliczki stał się siedzibą sztabu kryzysowego.

Kiedy mówi się komuś o sytuacji pana Pawła, reakcje są różne: ktoś, jeszcze w czasie telefonicznej rozmowy znajduje w internecie numer konta i wpłaca ile może, inny zastanawia się, co podarować na aukcję, ale niektórzy stwierdzają: nie chcę tego słuchać, mam już dość opowiadań o chorobach, płacę podatki, to nie będę wyręczał państwa…

Podobnie – w makroskali – reagują ci, którzy stykają się z dramatem rodziny państwa Michalików po raz pierwszy – jedni chcą ich wesprzeć na wszelkie sposoby, a ktoś inny argumentuje, że jak on był chory, to nikt mu nie pomógł, albo mówi wprost, że zbiórka nie ma sensu, bo i tak nie uzbierają tych pieniędzy…

Na szczęście tych myślących pozytywnie jest przytłaczająca większość i to właśnie dzięki nim udało się do 5 lipca ogromną kwotę: 876 561 zł (stan na 20 lipca: 1 026 675 zł). To prawie 55 procent potrzebnej sumy, bo życie Pawła wyceniono na co najmniej 1 600 000 zł. Tyle muszą zebrać na terapię CAR-T, mogącą zatrzymać chorobę. Sami, bo NFZ nie sfinansuje dalszego leczenia.

– Ta terapia polega na pobraniu komórek własnych limfocytów, zmodyfikowaniu ich i wszczepieniu z powrotem – wyjaśnia Agnieszka. – Trzeba wpłacić od razu całą kwotę, o ratach nie ma mowy. A czas ucieka…

Nowotwór wyznacza rytm

O chorobie dowiedzieli się w sierpniu 2024 roku, kiedy Paweł nagle zaczął się źle czuć, był osłabiony. Po wielu badaniach padła diagnoza: białaczka plazmatycznokomórkowa z utratą genu TP53 – jedna z najbardziej agresywnych i niezwykle rzadkich odmian raka krwi.

– Mąż zachorował w momencie, kiedy wydawało się, że ja wyszłam na prostą – mówi pani Agnieszka, która przed pięcioma laty zapadła na nowotwór piersi. – Przetrwałam to dzięki mężowi, który wspierał mnie w chorobie. W końcu poczułam się na tyle dobrze, że mogłam wrócić do pracy. Niestety w 2024 roku stwierdzono przerzuty do kości i tkanek miękkich, chociaż początkowo lekarze myśleli, że bóle kręgosłupa spowodowane są czym innym. Wskutek choroby nastąpiło złamanie kręgosłupa szyjnego.

– Cierpiałam, chodziłam w kołnierzu, przeszłam ciężką operację i dziś żyję w leczeniu paliatywnym, walcząc z bólem każdego dnia – dodaje pani Agnieszka.

A Paweł? Przetrwał chemioterapię, radioterapię, dwa autoprzeszczepy i przeszczep od niespokrewnionego dawcy, ale leczenie skutkowało tylko chwilowo. Spędził długie miesiące w pełnej izolacji w szpitalnym pokoju, ze światem zewnętrznym kontaktując się tylko przez kamerkę. Nic dziwnego, że perspektywa hospitalizacji budzi w nim lęk. Ostatni przeszczep był w październiku ubiegłego roku, a w lutym nastąpił nawrót choroby. Wtedy w Oddziale Klinicznym Hematologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, pod opieką którego się znajduje, zastosowano lek – ostatnią deskę ratunku. Zadziałał…

W trakcie leczenia nie obyło się jednak bez komplikacji – zapalenia trzustki, uszkodzenia nerek… W pewnym okresie schudł 20 kg, teraz zaczyna powoli przybierać na wadze. Choroba wciąż wyznacza rytm życia. Co 3 dni powtarzać trzeba badania krwi, co kilka tygodni ponawiać transfuzję. W tym momencie sytuacja jest pod kontrolą, ale lek ratujący życie nie będzie działał długo – każdy dzień może oznaczać katastrofę. Dlatego czas jest sprawą kluczową – tempo zbiórki musi być szybsze od postępów nowotworu.

Nie chcemy tylko brać… 

– Korzystamy z każdej okazji, by zebrać pieniądze. Próbujemy w każdej możliwej strefie, od festynów po pikniki rodzinne, a nawet różnego rodzaju mecze i drobne wydarzenia. Czasem w jednym dniu odbywa się kilka imprez w różnych miejscach i staramy się pokazać wszędzie – mówi Weronika.

Często „zahaczają” też o Gdów i inne miejscowości naszej gminy.

– Bez wolontariuszy i zaangażowania przyjaciół, rodziny, znajomych byłoby to niemożliwe. Liczy się jak największy rozgłos, takich zbiórek są tysiące, niestety my nie mamy tyle czasu, by czekać. Zawsze organizujemy swoje stoisko, rozdajemy upominki, słodycze, domowe wypieki w ramach podziękowania za wpłatę. Nie chcemy tylko brać… Ludzie przynoszą nam maskotki, zabawki, książki, sprzęt gospodarstwa domowego i inne fanty, które potem wykorzystujemy w naszych licytacjach charytatywnych dla Pawła na Facebooku.

Zbieramy różnego rodzaju akcesoria, ubrania, biżuterię, oczywiście w dobrym stanie. Nie przyjmujemy tylko leków i alkoholu, ale uważam, że każda rzecz ma swoją wartość. Nawet ta najmniejsza jest realną pomocą i kolejną złotówką zasilającą konto zbiórki.

Powodzeniem cieszyły się np. domowe przetwory przekazane przez gospodynie, nie wspominając już o ciastach i pierogach. A licytacje wyglądają czasem tak, że aż trudno uwierzyć. Kiedyś ciasteczka-orzeszki jak bumerang wracały na aukcję kilka razy, bo ci, którzy je wylicytowali, przekazywali z powrotem „do puli”.

– Raz zbierałyśmy datki do puszek przed sklepem. Podszedł starszy mężczyzna, widać było na pierwszy rzut oka, że mu się nie przelewa. Wrzucił do puszki 60 groszy i poszedł na zakupy. Za chwilę wrócił uradowany: dołożył jeszcze 5 złotych – wszystko, co wygrał w Keno w sklepie… – opowiada ze wzruszeniem pani Agnieszka.

Trudno nie skojarzyć tego z gestem biblijnej wdowy, która wrzuciła na ofiarę wszystko, co miała. Choć były to grosze – ofiarowała najwięcej.

Państwa Michalików wspierają także firmy i organizacje. Ktoś za darmo wydrukuje plakaty, ktoś zaoferuje ciekawą usługę albo naukę pływania. Pomagają im hurtownie spożywcze, sportowcy, strażacy.

– OSP z Dobranowic przeprowadziła zbiórkę złomu. Ludzie przywozili go do remizy, ale także strażacy odbierali z domów. Zebrano żelastwo warte 30 tys. zł – mówi Weronika.

Bez zbiórki internetowej, bez Facebooka, bez nawiązywania stale nowych kontaktów, nie udałoby się zebrać wiele. Prowadzeniem strony internetowej zajmuje się Weronika.

– Robimy wszystko, żeby być ciągle na bieżąco i relacjonować każdy nasz ruch, czasami niestety jest tego bardzo dużo i brakuje czasu, by mieć nad wszystkim kontrolę – dodaje. – Ale staramy się z całego serca, by doprowadzić tą zbiórkę do samego końca.

– Choroba kieruje naszym życiem – podsumowuje pani Agnieszka. – Ale skoro nam Pan Bóg nie zabrał Pawła, chociaż lekarze już nas na to przygotowywali, widać mamy o niego walczyć i będziemy – nie poddamy się.

Więc walczą, ale same nie dadzą rady. Potrzebują Waszej pomocy.

Barbara Rotter-Stankiewicz

(tekst ukazał się w „Dzienniku Polskim 1.07.2026”)

 

Jeśli chcesz im pomóc
Pawłowi Michalikowi: 

www.siepomaga.pl/pawel-michalik

link do grupy licytacyjnej:

www.facebook.com/groups/962859269781132

link do bloga:
https://www.facebook.com/people/Razem-dla-Paw%C5%82a/61563723098401/

#razemdlapawla

Autor: Redaktor 5

Udostępnij post na: