Spectre –recenzja Subiektywnej Kulturomaniaczki

Zapraszamy na nowy cykl w dziale Kultura „Okiem Subiektywnej Kulturomaniaczki”. Aleksandra Soswa przedstawi Wam swoją ocenę filmów, książek, wydarzeń kulturalnych. Jako pierwszy został poddany krytyce najnowszy Bond, czyli Spectre.

Od kilku tygodni możemy oglądać 24-tą część serii filmów o perypetiach najsłynniejszego na świecie agenta w służbie Jej Królewskiej Mości. Spectre jest czwartym i wszystko na to wskazuje, że ostatnim filmem z Danielem Craigiem w roli Jamesa Bonda.
Sam Mendes po raz drugi podjął się reżyserowania bondowskiego obrazu i wygląda na to, że nie do końca przemyślał całą koncepcję. W porównaniu do pozostałych części z Craigiem (Casino Royale, Quantum of Solace, Skyfall), Spectre jest składową wielu różnych wątków i brakuje mu spójności. Ewidentny brak pomysłu na scenariusz dość wyraźnie daje o sobie znać.
Pojawia się kilka scen podnoszących nieznacznie poziom adrenaliny, choć trudno tutaj o świeżość
i nowatorstwo. Wyścigi, wybuchy i strzelanki to podstawowa lista atrakcji w wykonaniu agenta 007. Oko cieszą na pewno zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy i krajobrazy – od parady przebierańców podczas Święta Zmarłych w Meksyku, przez ośnieżone stoki w Austrii, po pustynne wycieczki koleją i industrialne widoki Londynu z monumentalną starą i dugą do szpiku kości nowoczesną siedzibą brytyjskiego wywiadu MI6.
Sama fabuła nie wciąga aż tak bardzo jak choćby intryga przeprowadzona w Skyfall, ale dwie i pół godziny w kinowym fotelu nie jest czasem straconym. Choć oczywiście na pewno znajdą się osoby, które będą się żalić na rozciągłość filmu.
Wyraziste aktorskie kreacje mieszają się z tymi po prostu źle dobranymi. Ralph Fiennes w roli M kontrastuje wyraźnie z dotychczas mistrzowsko ją odtwarzającą Judy Dench. Jest postacią płaską
i bez pazura, którego powinien mieć bezkompromisowy i twardy szef wywiadu. Kobiety Bonda również nie spełniają oczekiwań, a wyzwanie bycia famme fatale w zupełności przekracza ich zdolności w tym filmie. Lucia Sciarra (w tej roli piękna włoska aktorka Monica Bellucci) jest postacią epizodyczną, a przy okazji sztywną i bezbarwną. Madeleine Swann (Léa Seydoux) przez cały film posługuje się jedną miną i bardzo trudno doszukać się jakiejkolwiek chemii między nią a Bondem. Podobno w życiu prywatnym aktorzy niezbyt za sobą przepadają, co tłumaczyłoby brak zaangażowania w relację na ekranie.
Chrstoph Waltz jako czarny charakter nie dostał szansy na to, aby w pełni zaprezentować swoje możliwości i błądzi po ekranie szukając środków wyrazu. Dość wyraźnym mankamentem jest również sztandarowa część każdego obrazu o Bondzie, a mianowicie piosenka wraz z intro, które pojawiają się zaraz po prologu. Utwór Writing’s on the wall w wykonaniu Sama Smitha jest trudnoprzyswajalny
i raczej nie nadaje się do śpiewania w samochodzie. Na tle Skyfall Adele czy Goldeneye Tiny Turner, które były niezaprzeczalnymi hitami, wypada raczej blado.
Ale żeby nie było tylko na nie, w obronie całości przemawia zdecydowanie świetne aktorstwo Daniela Craiga i techniczne wykonanie całego filmu. ZdjęciaHoyte van Hoytema w sekwencjach z Austrii czy te wykonane w scenie walki w helikopterze są po prostu mistrzowskie.
Spectre jest filmem niejako podsumowującym poprzednie trzy części, spinającym je w całość
i zawierającym w sobie wszystkie cechy bondowskich filmów. Mimo lekkiego chaosu fabułowego ogląda się go dość przyjemnie i na pewno spowoduje on niedosyt i oczekiwanie na następną część.
Warto pójść do kina, aby rozkoszować się pięknie skonstruowanym obrazem na dużym ekranie.
W towarzystwie Daniela Craiga oczywiście 😉

[Not a valid template]

Autor: admin

Udostępnij post na:

Skip to content