Wigilia dla siedemnastki

Chociaż pani Halinka bardzo pilnuje, by w czasie świąt wszystko było zgodne z tradycją, jednego z wigilijnych
„przykazań” spełnić nie da rady – przy stole nie zostawia się w ten wieczór pustego miejsca. Przyczyna jest prozaiczna: salon i tak z trudem mieści wszystkich obecnych… Oczywiście, gdyby przyszedł jakiś niespodziewany gość, znalazłoby się i krzesło, i nakrycie, i poczęstunek. Zresztą u pani Halinki w ciągu roku trafiają się różni stołownicy i jeszcze nikt potrzebujący nie wyszedł stąd głodny i bez dobrego słowa.

Wigilia Bożego Narodzenia to jedyny dzień, w którym cała liczna rodzina państwa Kasprzyków ze Zręczyc spotyka się w komplecie. Na miejscu, w rodzinnym domu, gdzie mieszka już tylko pani Halinka, jej mąż – Marek i najmłodszy syn – Piotr. Najbliżej, bo kilkaset metrów ma do nich córka Ania z mężem Robertem i chłopcami: Kacprem i Damianem. Z Krakowa przyjedzie natomiast starszy syn – Bogdan z żoną Gosią, 6-letnią Julcią i sporo starszą Eweliną, jej mężem Filipem i synkiem Kubusiem. Najdalszą drogę do rodzinnego domu będzie miał syn Paweł, który przyjedzie z Warszawy. Będzie też narzeczona Piotra – Andzia, brat pani Halinki – Gienek i kuzyn Edek. W sumie „tylko” 17 osób. Całkiem spora rodzinka… – Czy potraw będzie dwanaście? To zależy, jak liczyć. – Moja mama zawsze mówiła, że barszcz i uszka to już dwie potrawy, żur i ziemniaki – kolejne dwie, groch i kapusta – następne i tak dalej. W ten sposób robiło się dwanaście, a czasem i więcej – wspomina ze śmiechem pani Halinka. – U nas jest tak samo. Potraw jest może mniej niż gdzie indziej, ale nikt od stołu głodny nie wstaje – zapewnia Piotrek. Uroczysta kolacja, rozpoczyna się zwykle tuż po 17. Nie od jedzenia, tylko od czytania Pisma Świętego i modlitwy. To domena pani Halinki. –Na koniec modlimy się jeszcze za bliskich zmarłych. Wspominamy ich też wcześniej, bo choćby było nie wiem ile roboty, zawsze w Wigilię jedziemy z mężem na cmentarz. Bez płaczu się nie obejdzie – mówi pani Halinka. Nie obejdzie się też oczywiście bez dzielenia się opłatkiem i życzeń. – Jakich? Życzymy sobie przede wszystkim, żebyśmy się spotkali co najmniej w tym samym gronie za rok. To ogólnie. A poza tym każdy ma jakieś swoje życzenia dotyczące konkretnych planów, marzeń. Jako pierwsze na stole pięknie i fachowo nakrytym przez Piotrka, absolwenta szkoły gastronomicznej, pojawią się dwie zupy: żur z grzybami i ziemniakami i barszcz z uszkami. Uszka – w liczbie co najmniej 200 (tyle samo jest też pierogów z kapustą) kleić trzeba wcześniej, bo w samą wigilię nie dałoby się zdążyć ze wszystkim. Przecież cały czas na głowie jest dom i sklep, w którym zwłaszcza przed świętami jest co robić. Żur, całkowicie postny, też zaczyna powstawać poprzedniego dnia, bo grzyby namoczyć trzeba na całą noc. Podobnie zresztą jak groch, który znajdzie się w towarzystwie kapusty jako kolejne wigilijne danie. – Gotuje się je osobno, a kapusta nie może być kwaśna. Trzeba ją przepłukać, a czasem odlać kilka razy wodę, w której się gotowała.
Proporcje? Na 3 kg kapusty pół kilograma drobnego, okrągłego grochu – wylicza pani Halinka z pewnym trudem, bo z zasady nie patrzy w żadne przepisy, tylko wszystko robi „na oko”. Widać ma je znakomite… Z kapustą i grzybami będą też pierogi. – A karp będzie smażony i w galarecie – dodaje gospodyni. Do tego surówki z kapusty, selera i buraczków. I wiejski chlebuś. To nie wszystko, bo nie obejdzie się też bez ulubionych przez pana domu klusek z makiem. No i nie można sobie wyobrazić tej wyjątkowej kolacji bez polewki. To rodzaj kompotu z suszonych owoców. – Polewkę gotuję dzień wcześniej, a suszone śliwki, gruszki i jabłka moczą się całą noc. Ona musi postać, żeby owoce nasiąknęły i wszystko nabrało smaku. Do polewki są też kluski – grubo krojony makaron – wyjaśnia pani Halinka. Drugim tradycyjnym wigilijnym napojem jest w rodzinie państwa Kasprzyków… sok winogronowy. Tak się jakoś utarło – może dlatego, że w tym dniu do kolacji nie podaje się wina. Są jeszcze ciasta – obowiązkowo makowiec i piernik. Specjalistką od piernika, pieczonego na prawdziwym miodzie, jest Ania. Ale makowiec to już dzieło, czy raczej arcydzieło, pani Halinki. – Mak musi być najpierw długo sparzony, a potem zmielony trzy razy. Obowiązkowo! I zmieszany z jajkami, miodem, masłem, powidłami, do tego z posiekanymi orzechami. Piekę go koło godziny w piekarniku nastawionym na 150 stopni – zdradza tajemnicę gospodyni. A gdy już wszyscy nasycą się tymi pysznościami, przychodzi czas na śpiewanie kolęd. Akompaniament zapewniony, bo pan Marek gra w gdowskiej orkiestrze dętej. Tam – na puzonie. W domu, od święta – na akordeonie. Pod choinką nie ma góry prezentów, bo dzieciom przynosi je wcześniej św. Mikołaj. Na gwiazdkę obdarowywani są tylko „seniorzy rodu”; pani Halinka dostaje zwykle perfumy, a pan Marek – eleganckie koszule. Prezentem od nich dla całej rodziny jest natomiast przygotowanie Wigilii. – Dopóki sił wystarczy, Wigilia będzie tutaj, w rodzinnym domu – deklaruje pani Halinka. I jeszcze Pasterka. Przed północą wszyscy pojadą do Gdowa, by w tamtejszym sanktuarium kolejny raz cieszyć się Bożym Narodzeniem.

Barbara Rotter-Stankiewicz

mojGdow.pl

Autor: admin

Udostępnij post na: