Kiedyś dudki mieszkały w każdej wierzbie

Robert Kostuch nie jest zawodowym fotografem, ale jego zdjęcia przyrody są piękne i fascynujące, bo i on zawsze fascynował się naturą, a zwłaszcza ptakami. Marzył, że będzie je fotografował. Już jako dziecko oglądał wypożyczane z biblioteki albumy Włodzimierza Puchalskiego. Teraz sam mógłby być autorem takiego albumu, choć na razie jego zdjęcia nie były udostępniane w wydawnictwach czy na wystawach.

Na spełnienie swego dziecięcego marzenia musiał trochę poczekać, bo kilka dekad temu sprzęt fotograficzny był niedostępny, za drogi dla młodego człowieka. Z czasem go jednak skompletował i zaczął fotografować ptaki. Przełomem był rok 2008, bo wtedy kupił pierwszy aparat cyfrowy iteleobiektyw. Wcześniej miał lustrzanki analogowe; trzeba było ładować film, wywoływać go, co było i niewygodne i kosztowne.

Ptaki są wymagającymi modelami

Przede wszystkim trzeba się na nie sporo naczekać i to niekiedy na darmo. – Często wstajemy o 4 rano, idziemy w teren, siedzimy w czatowni kilka godzin i wracamy z niczym. Jeśli ptaki nie przylecą, nie znajdą się blisko, nie można zrobić interesującego zdjęcia nawet dysponując bardzo dobrym teleobiektywem. Duże gatunki fotografujemy z kilkunastu metrów, do wróblowatych trzeba podejść na kilka metrów. A taka odległość nie jest możliwa bez czatowni, namiotów, siatek maskujących, pływadełek – bez oszukiwania ptaka, że człowiek jest bezpiecznym elementem – mówi pan Robert. To niełatwe, bo ptaki są bardzo spostrzegawcze i te, które miały styczność z człowiekiem, boją się go; wiedzą, że robi może zrobić im krzywdę. – Do ptaków wracających z północy, które nie mają doświadczeń z ludźmi, można się zbliżyć na 40 cm, a europejskie są ostrożne, reagują nawet z kilkuset metrów. Mają to zakodowane, bo często je płoszymy, straszymy, strzelamy. Czaple przecież nie wiedzą, że ryby, których w jakimś miejscu jest mnóstwo, to hodowla i że jej właściciel nie chce takiej konkurencji, będzie więc strzelał…- wyjaśnia. Ptaki boją się ludzi, ale z drugiej strony cywilizacja kojarzy im się z jedzeniem. Chodzą za traktorem, bo wiedzą, że będą miały pokarm „podany na tacy”. Kruki, gdy słyszą strzały wlesie, lecą wtamtą stronę, bo przewidują, że trwa polowanie i coś im się dostanie. Przy karmnikach zjawiają się całymi chmarami.

Łowy z obiektywem pochłaniają każdą wolną chwilę

Robert Kostuch nie ma zbyt wiele czasu, dlatego też wyprawia się zwykle tam, gdzie najbliżej, tym bardziej, że rzadko uda się zrobić zdjęcia w ciągu jednego dnia. Chociaż aparaty i elektronika pomagają fotografom, naprawdę dobre ujęcia zdarza się raz na 10 wypadów. Najpierw trzeba prowadzić obserwację, co oznacza czasem tkwienie na mrozie, bez ruchu, przez kilka godzin. – Bywa, że idziemy bez aparatu, ptaki są – a na drugi dzień – nie ma, bo gdzieś odlecą. Ptak ma swoje zajęcia… Dawniej dudki, nazywane popularnie łubkami, mieszkały w każdej wierzbie ze stoickim spokojem stwierdza pan Robert. Z Fałkowic, gdzie się urodził i całe życie mieszka, najbliżej ma w Dolinę Raby, nad dobczycki zbiornik, do Puszczy Niepołomickiej. Niekiedy towarzyszą mu koledzy-pasjonaci poznani przez internet lub w czasie poprzednich wypraw, ale swoim hobby zaraził już także 13-letniego syna, Tomka, któremu chce pokazać otaczający świat. Jadą więc na fotograficzne łowy, albo tylko wędkować nad gdowskie stawy, ale gdy ryba nie bierze – robią zdjęcia. Sam nie spotykał się z takim zrozumieniem. – Mój ojciec uważał, że to głupota. Zresztą wielu ludzi się dziwi, gdy widzą, że jakiś wariat ubrany w moro idzie w pole, kładzie się w błocie nie wiadomo po co. Ja też nie lubię błota, ale nie ma innego wyjścia, jeśli akurat tam ptaki żerują – mówi pan Robert. – Moje zdjęcia nie służą ani ptakom, ani ludziom. Czasem wysyłam je na konkursy; ostatnio zdobyłem II miejsce w konkursie Łowca Polskiego. Nigdy nie sprzedałem żadnej fotografii, nie współpracują z żadnym wydawnictwem. Ale realizuję swoją pasję.

Dolina Raby to piękny krajobrazowo korytarz przyrodniczy

– Las łęgowy jest ostoją, w której można spotkać dziki, jelenie, sarny. Głównie obserwuję jednak ptaki, których jest tu wiele gatunków, m.in. nurogęsi, zimorodki, czaple… Zobaczyć można rybołowy, bieliki, bataliony, ostrygojady, kropiatki, które przelatują nad zbiornikiem dobczyckim – opowiada z zapałem fotografik. Ale jego ulubieńcami są dudki. – Powiesiłem im budki lęgowe. W tamtym roku zamieszkały dwie pary, w tym – jedna. Ludzie wycinają stare suche drzewa, więc nie ma dziupli, nie ma się gdzie gnieździć i potrzebne są budki lęgowe. Muszą o nie walczyć, bo zwykle zajmują je szpaki, które przylatują wcześniej. Dudek chociaż jest większy, przegrywa tę konkurencję, bo jest lżejszy i nie może sobie poradzić – tłumaczy pan Robert. – Staram się tak budować skrzynki lęgowe, żeby szpaki ich nie zajmowały – są obszerne dołem i szpak musi nanieść dużo materiał gniazdowego. Niektóre ptaki wykorzystują też nowy budulec – zaobserwowałem, że znoszą kawałki folii, która jest świetnym izolatorem. Dudek nie buduje gniazda. Dawniej dudki, nazywane popularnie łubkami, mieszkały w każdej wierzbie. Dziś to rzadkość. A szkoda, bo skutecznie walczyły z… turkuciami podjadkami, które teraz bezkarnie podgryzają jarzyny i warzywa. Dudek swoim długim dziobem sondował ziemię i wydłubywał z niej turkucie. Ubyło nie tylko dudków. – Pamiętam duże stada kuropatw, dziś zostały tylko pojedyncze sztuki, które próbują się dostosować. To samo z innymi ptakami, którym zmniejsza się terytorium – trawniki są koszone, drzewa wycinane. Z człowiekiem przychodzą drapieżniki – koty, które zabijają bardzo dużo ptaków. Krajobraz gminy się zmienia, rolnictwo jest bardziej uprzemysłowione, nastawione na monokulturę, co nie sprzyja różnym gatunkom ptaków. Dawniej były łąki, miedze, ogrody, nie było natomiast chemizacji i mechanizacji. Gdy wyjedzie się w pole traktorem, trudno ominąć gniazdo ptaka. Przy ręcznym koszeniu często gniazdo przepiórki zostawało obkoszone, natomiast kombajn niszczy wszystko. Zmiany wynikają jednak nie tylko z postępu technicznego, ale często z wygodnictwa, braku wyobraźni i kultury. W śmietnisko zamienia się m.in. Raba. – Ludzie często zostawiają na brzegach śmieci, które zabiera woda. Niby przyjeżdżają żeby wypocząć, ale nie dbają o to miejsce. Zostawiają plastik, szkło – wylicza Robert Kostuch. – Widziałem niedawno zdjęcia lisa, który włożył głowę do słoika i nie mógł jej wyjąć. Wprawdzie coraz częściej organizuje się akcje sprzątania lasów i rzek i podejmuje inne ochroniarskie działania, ale – jak mówi pan Robert – jeśli człowiek nie ingerowałby w przyrodę, nie trzeba by było jej bronić.

Barbara Rotter-Stankiewicz

Autor: admin

Udostępnij post na:

Skip to content