Jak wygląda świat z ponad 6000 metrów? Wspomnienia z wyprawy w Himalaje

Zapraszamy na wspomnienia z wyprawy w Himalaje indyjskie na Stok Kangri, mieszkanki naszej gminy, Pani Agaty, autorki bloga Nogi do góry.

No to ruszamy do Afryki!

Chyba każdy, kto chodzi po górach ma takie marzenie, żeby zobaczyć Himalaje, żeby pochodzić chociaż po ich rozległych dolinach, poczuć zapach wiatru, dotknąć skał i zmierzyć się na swój sposób z tą siłą, która w nich tkwi – poczuć ją, zaczerpnąć energii, albo się po prostu nieskończenie dziwić ogromem dzikiej przestrzeni, której człowiek chociaż trochę próbuje od dawna tknąć, mieć dla siebie, „zdobyć”. Każdy chce znaleźć się w Himalajach. Ja nie chciałam. W ogóle tego nie miałam w planach. Jakie w ogóle Himalaje? Na co mi to? Jakieś liny, minus trzydzieści, to paskudne jedzenie z worków. Ja chcę do Afryki. Kilka miesięcy wcześniej dogadaliśmy się z Wojtkiem (Ratownik z Kazbeku), że ruszamy na Kilimandżaro. Kilimandżaro to jest w ogóle jedna z moich ulubionych gór. Za każdym razem, jak się na nią wybieram, to ląduję w jakimś innym fajnym miejscu. Doprawdy, nie wiem ile razy już nie byłam na Kilimandżaro. Na wysokości grudnia było mi trochę głupio wysłać do Wojtka wiadomość, którą nagle on wysłał do mnie i jakoś jak zawsze zespołowo przyznaliśmy się, że nasza wyprawa na Kilimandżaro leży i się nie chce poskładać i chyba nic z tego, bo ani jedno ani drugie nie miało na tyle przekonania i mocy, żeby przygotować się do tej wyprawy. Bywa, że z planów pozostaje nic, ale nie wiem ile dni (kilka?) minęło, jak rzucił mi się w oczy komunikat znajomego z jednej z grup dyskusyjnych, że w lecie organizowana jest wyprawa na himalajski sześciotysięcznik. Wojtas! Lecimy w Himalaje! No dobra, lecimy! Mniej więcej taki był ton rozmowy – szykujemy się na letnią wyprawę. Próbowaliśmy namówić resztę naszej ekipy LSM DZIECI KORZENI, ale ostatecznie poza ekipą wspinaczkową dołączyła do nas… moja mama z koleżanką. Dziewczyny nie miały planów wspinaczkowych, ale po wyprawie okaże się, że moja mama realnie była na większej wysokości niż ja (geny :)). Przygotowania do himalajskiej przygody zaczęłam od biegania po wsi, machając czasami moim wiejskim kibicom. Nawet miałam plan pobiegać z lokalną drużyną biegową, którą śledzę i podziwiam, ale… ja lubię biegać sama. No to biegałam swoimi trasami i zamiast kupować letnie sukienki wybierałam cały sprzęt, który miałam wtaszczyć do base campu na 5000 metrów do góry. Sukienki wzięłam stare i przed wylotem do New Delhi pojechałam jeszcze do Włoch na rodzinne wakacje. Dlaczego lepiej jest jeździć na wypoczynek przed wyprawą w góry? Bo można jeść tyle pizzy, ile się chce! No to najadłszy się i zaopatrzywszy w ogromne ilości kalorii, wzięłam dwa plecaki i ruszyłam w Himalaje. Podróż zaczęłam na Głównym w Krakowie. W PKP przemiła starsza pani bardzo cieszyła się moim wyjazdem. Opowiadała, że jak była młoda chciała podróżować, ale nie mogła a teraz to może, ale już jej się nie chce, mi życzyła najlepszego. Najlepsze to było to, że jak mnie kumpel odebrał na Wschodniej, to ledwo dźwigałam ten wielki plecak i myślałam, że połamie sobie na nim skrzydła. Wojtek, przybywaj! Ty masz nieść namiot i część tego wszystkiego, no weź!

Himalaje po raz pierwszy

Wziął. Ale dopiero jak wychodziliśmy w góry. Na lotniskach trochę pomagał. A ja znowu – jedyna dziewczyna i faceci – sześciu, z których znałam tylko Wojtka. Wiadomo, że na dzień dobry można sobie ze mnie trochę pożartować, ale żarty żartami – lecimy razem w Himalaje i mamy spędzić ze sobą dwa najbliższe tygodnie. Wojtka znacie z opowiadań, zresztą z Wojtkiem to my jeszcze się później wybierzemy w kolejną podróż (oby niejedną) a reszta chłopaków to po prostu reszta chłopaków – może ich trochę poznacie później. Wyczuwamy się. Lot jest cholernie długi i cholernie nudny i już mnie nie bawi, że rozdają za friko wino, w New Delhi jest cholernie gorąco i mamy cholernie dużo czasu do następnego samolotu, który ma nas w końcu dotransportować w te Himalaje. Zważywszy, że jest jakieś osiemdziesiąt stopni przy stupięćdziesięcioprocentowej wilgotności powietrza mam coraz większa ochotę znaleźć się w tym himalajskim zimnie. Niech już będzie te minus trzydzieści. Plus te plecaki. Plus mojej mamie zaginął bagaż. Chcę w góry! Chcę spokoju. Himalaje i Karakorum widzę pierwszy raz z okna samolotu. Jestem totalnie zmęczona, śpiąca i nagle za oknem pojawia mi się cała wielka płaszczyzna tych najwyższych gór na ziemi. Trochę podziwiam, trochę nie wierzę. Jestem prostym człowiekiem z lasu więc jakim prawem dane mi jest oglądać ten ogrom. Dystans przychodzi natychmiastowo – czym jest wejście na taki pojedynczy szczyt w obliczu tej wielkiej przestrzeni, która sobie pode mną spokojnie trwa, żyje swoim życiem i jest totalnie obojętna na moje teraz emocje. Człowiek jest mały. A tu jeszcze mniejszy. I na ile by szczytów tu nie wszedł o dowolnej porze roku, zawsze będzie mały.

Gdzie są te Himalaje?

Lądujemy na pustyni. Na malutkim wojskowym lotnisku zbudowanym z drewna, gdzie zrobienie każdego kroku wywołuje wielki tuman kurzu. Jest gorąco, duszno i wszędzie unosi się pył. Poza niezbyt wielkimi pagórkami wokół lotniska, które bardziej przypominają wydmy, dokoła nie ma żadnej góry. W dodatku lotnisko to formalności. Nie lubię formalności. Nie lubię wypełniania papierów i naprawdę nie wiem, komu w tym małym miasteczku potrzebny jest mój polski numer telefonu, który przez cały mój pobyt będzie wyłączony. Grzecznie jednak wypełniam i z uśmiechem oddaje panu, który wbija karteczkę na deseczkę z gwoździem. Gwóźdź dziurawi ją tak skutecznie, że większość skrzętnie wpisywanych przeze mnie danych zostaje poszarpana, ale pan tego nawet nie zauważa, bo na mojej podartej już karteczce, zaraz lądują kolejne. Witamy w Ladakh! Jakie to Himalaje, jak jedziemy taksówką (jeździłam podobnymi na Kaukazie), której kierowca spokojnie sobie trąbi trzysta razy na minutę na każdym zakręcie wąskiej zakurzonej drogi i w ogóle nie podziela mojej troski o nowo zakupiony sprzęt przytroczony w plecaku na dachu taksówki. Krajobraz dokoła to jak jedno z zaniedbanych bałkańskich miasteczek, tylko ozdobione licznymi buddyjskimi stupami, porozwieszanymi wszędzie tankami i krowimi ekipami na ulicy. W pensjonacie, w którym mieszkamy częstują nas khawa tea – zaczynamy himalajską przygodę i da się wyczuć w powietrzu, że jesteśmy sześć tysięcy kilometrów od domu, wśród innych ludzi, oddychamy innym powietrzem, tylko gdzie są te Himalaje?

Daleko

Pierwszy raz te prawdziwe wielkie Himalaje jawią nam się, kiedy zwiedzamy okolicę. Miasteczko położone jest tak wysoko, że samo spacerowanie po nim jest już świetną aklimatyzacją. Zwiedzamy jak się da, ile się da chłonąc każdą ulicę, uśmiech i rozmowę, nie odmawiając nikomu chwili czasu i małej szklaneczki khawa tea. Kupujemy prezenty dla wszystkich naszych przyjaciół, wysyłamy kartki i co jakiś czas spoglądamy w stronę naszej góry. Kto czyta ten wie, że wyznaję pewną ciężką do wytłumaczenia zasadę dogadania się z górą – pewnego wyczucia swoich energii, które zgodzą się lub nie na współpracę. To jest to, co stanowi istotę wspinania się, dążenia do wejścia na szczyt – żadne osiągnięcie, bo jak jestem małym typkiem przekonałam się z okna samolotu, żaden sport, bo ruch mam we krwi, żadne robienie wielkich rzeczy, bo zawsze chodzi o drobne przygody. Chodzi o energię, którą jest się w stanie oddać chwili, miejscu, zapachowi, czuciu i energię, którą jest się w stanie czerpać. Równowagę siebie z otaczającym światem, pewne poczucie naturalnej sprawiedliwości, że jest się właściwym człowiekiem we właściwym miejscu o odpowiednim czasie. Jeśli te warunki nie zostaną spełnione, to nie zagra. Pamiętam, że widząc pierwszy raz Kazbek, jeszcze zanim podjęłam decyzje o wejściu to był magnetyzm, to była właściwie sprawa załatwiona na początku – zobaczyłam i wiedziałam, że tam będę. Stok Kangri – zupełnie średnia energia, jakbym rozmawiała z kimś w słabo mi znanym języku i nie umiała klarownie wytłumaczyć, ani zrozumieć przekazu. Nie wiem dlaczego, ale energii się nie tłumaczy. Na razie chłoniemy miasteczko i lokalne przysmaki, opijamy się khawa tea i wsłuchujemy w śpiewy tybetańskich mnichów, które niosą się nad miasteczkiem razem z tankami wypełnionymi dobrymi intencjami. Ale chcemy w góry, żeby one były trochę bliżej. A tu jeszcze załatwianie permitu, ogarnięcie transportu, pakowanie plecaków. W Leh w nocy psy ujadają tak głośno, że nie da się spać. A może nie da się spać, bo wszyscy wiemy, że jutro czeka nas góra? Jeszcze wcześniej, podczas kolacji, kiedy siedzieliśmy naszą męską z jedną damą drużyną, Darek zapytał nas po co idziemy na Stok Kangri. Zapadła cisza. W nocy też była cisza, tylko te psy ujadały. Każdy z nas szedł tam po co innego. Psy miały to serdecznie gdzieś.

Dżulej!

Tak nas wita pani permitowa. Pani permitowa to nie byle kto. Ma jakieś osiemdziesiąt lat i na pewno wie o Himalajach o wiele wiele więcej niż my wszyscy razem wzięci i chociaż jej posterunkiem jest zabłocona ścieżka koło postoju mułów, to lepiej z nią nie dyskutować. Ważność permitu sprawdza z taką samą czułością, jak pan karteczki na lotnisku, ale puszcza nas. Myśli sobie może – a idźcie z tymi plecakami! Powodzenia! To samo zdaje się mieć na myśli dość pokaźny jak, który jest naszym pierwszym napotkanym kumplem. Droga do doliny to zwykła górska ścieżka wijąca się wzdłuż ostatnich domków, z których wybiegają radosne dzieciaki krzycząc do nas dżulej! Z uśmiechami im odpowiadamy i idziemy dalej. Dolina staje się coraz większa, coraz bardziej rozległa a płynący nią potok coraz bardziej wartki. Coraz dziwniej też patrzą na nas tybetańscy Szerpowie mułowi (określenie własne), którzy mówią nam dżulej, ale nie pasuje im, że jako jedyni niesiemy swoje ciężkie plecaki sami. Jedyni. Stok Kangri jest częstym celem turystycznym, jako dość łatwy sześciotysięcznik, na którym infrastruktura hula, jak trzeba a i za odpowiednią opłatą udogodnień dla turystów co nie miara. My jednak nie uiszczamy odpowiedniej opłaty i idziemy dalej. Głównie w ciszy, bo każdy z nas jest tu po raz pierwszy, nikt wcześniej nie widział tak wielkich ścian o ostrych skałach, tak dziwnych formacji, nie oddychał takim powietrzem. To jest dobre. Lubię w górach ciszę. Nie myślę wtedy o niczym, tylko skupiam się na samej drodze. Skupiam się na przechodzeniu przez rzekę z tym cholernie ciężkim plecakiem, skupiam się na tym, żeby nawdychać się jak najwięcej powietrza, jak najwięcej poczuć i jak najwięcej zobaczyć, czerpać z tego jak najwięcej. Być tu i teraz. No to mogę teraz poczerpać sobie deszcz lejący się z nieba. A właściwie to spadający sobie pionowymi słupami na moje wszystko. Szczęściem dzieje się to, kiedy dochodzimy do pierwszej stacji, w której niektórzy już obozują, ale nie my. My himalaiści pójdziemy dalej, ale przerwa pod prowizorycznym namiotem robi robotę. Tutaj poznaję po raz pierwszy smak tej wyprawy – Ginger, lemon, honey tea pita w metalowym kubku, której od tego momentu z Julkiem wypijemy hektolitry w kolejnych bazach prowadząc miłe i długie rozmowy. Tu jest na przeczekanie deszczu, który w końcu – jak każdy deszcz – przestaje padać. Dalsza droga to Himalaje w błocie. Jest chłodniej, bardziej ślisko i jest jedno tak strome podejście, że czuję, jak mój plecak zaczyna prowadzić ze mną walkę – ja chcę w górę, on chce w dół i tak na przemian, ale wygrywam. Dolina jest przeogromna i nie widać żadnego końca. Nie ma sensu patrzeć ani na zegarek, ani na wysokościomierz, bo na co by się nie patrzyło jest daleko i gdzie by się nie obejrzało – jest pięknie. Jest pieknie i majestatycznie, dziko i surowo, ale daleko. To w prawo czy w lewo? Chłopaki dyskutują, bo nie wiadomo, czy iść za kopczykami, czy za ścieżką. Ja bym szła za łajnem mułów, które idą szlakiem do base campu, ale co ja wiem o Himalajach. A uwierzcie, że nawet dwieście metrów pod górę nie w tę stronę to strata tych dwustu metrów i energii. To straciliśmy. Ja jestem zmęczona. Widok błękitnych namiotów w oddali nastraja pozytywnie. Zaraz siądziemy, zaraz będzie herbata i ciepłe jedzenie a później śpiwór i spanie. Doszliśmy na 4100 metrów dźwigając ze sobą cały wikt i opierunek. Liofilizowane spaghetti bolognese smakuje, jak nigdy dotąd. Śpiwór jest najlepszym przyjacielem a nadchodzący wieczór najfajniejszym sprzymierzeńcem. W nocy kropi deszcz. Niech sobie kropi, ile chce. Niech pada. Śpimy. Zmęczeni, ale szczęśliwi, bo śpimy w Himalajach.

Trudne pytania

Budzimy się bardzo rano. Wyspani? A da się komfortowo wyspać na 4100? Jak się da, to nam tak nie do końca to wyszło, ale siła na najbliższy dzień jest. Przed wyjściem jednak jak każdego ranka należy odbyć poranną toaletę. I przy tej okazji odpowiem na najczęściej zadawane mi przez koleżanki pytania. Mianowicie – jak się robi siku w górach wysokich. Odpowiedź nie zaskoczy – przepraszam, ale w górach wysokich siku robi się normalnie. W przeznaczonym do tego miejscu zwanym toaletą w base campie lub outdoorowo przy wykorzystaniu ukształtowaniu terenu, tak by nikogo czynnością nie zrazić, jak i szkód przyrodniczych nie poczynić. A jak się myje? A w rzece można, jak świeci słońce a jak nie to się wody zagrzewa 500 mililitrów i w zamkniętym namiocie dokonuje się najbardziej ekologicznej kąpieli w swoim życiu. No i jeszcze jedno zawsze zadawane pytanie – jak jest z samymi chłopakami? Znowu Was zaskoczę – jest dokładnie tak, jak z samymi chłopakami. Zważywszy, że od kiedy chodzę po górach, z dziewczyną byłam raz w Tatrach, to nie mam porównania. Wiem tylko, jak się chodzi z samymi chłopakami. Zdarzają się wpadki. Chłopakom. Jeden zasugerował, że po takiej wyprawie, będę umiała sikać na stojąco, ale powiedziałam, że w razie potrzeby umiem. Inny z kolei na lotnisku w New Delhi zapytał czy idę na kontrolę do bramki dla facetów, czy dla babek, ale to pytanie to był jego błąd młodości bardzo szybko wybaczony i w żaden sposób nie rzutujący na nasze dalsze koleżeństwo. No więc budzę się z samymi chłopakami i odbywam powyżej opisane czynności, po czym z mniejszym już apetytem zjadam liofilizowane spaghetti bolognese, pakujemy nasz obóz i idziemy w górę. Dzisiaj większy ruch. Więcej turystów z plecakami niesionymi przez muły. A my na Himalaistów – dźwigamy. Tego dnia idę głównie sama. Wojtek mnie wyprzedził, bo widocznie miał swoje sprawy w głowie. Reszta chłopaków się porozdzielała a ja sobie wędruję sama. O dziwo czuję się świetnie, plecak wcale nie jest taki ciężki (2 worki liofilizowanego spaghetti mniej) i wpadam w ten stan fajnej medytacji i wypracowanego synchronu uderzeń kijków o kamienie. Kijek – krok – kijek – krok. Są takie momenty, że znajduje się całkiem sama w górach. Okręcam się 360 i patrzę, gdzie jestem – tu wysoko już nie ma roślin, jest jałowo i bardzo surowo. Świat z kamieni. Mniejszych, większych, w różnych kolorach. Bardzo dziwny i nie nadający się dla człowieka, ale człowiek jak zawsze ciekawością pchany musiał się wedrzeć i w Himalaje, jako i ja się teraz wdzieram. Ściągam plecak, biorę picie i pytam schodzących dwóch chłopaków, czy jeszcze daleko. Mówią, że blisko. A co mają powiedzieć. Poprosiłam, żeby zrobili mi zdjęcie a, że lusterka nie widziałam dni parę, to dopiero oglądając to zdjęcie spostrzegłam, jak bardzo mam już spuchniętą twarz. Chwała na wysokości. Idę dalej. Znowu zaczyna padać. Szare chmury dokoła i ten krajobraz robi się taki smutny. Ani w tym piękna, majestat za mgłą. A może te Himalaje to wcale nie był dobry pomysł?

We love Poland!

Może i nie był, ale jesteśmy już na 5000 w base campie i czeka nas tu parę nocy. Mieszkamy w namiotach. Mamy kuchenkę i mnóstwo liofilizowanego spaghetti bolognese, które już w ogóle nie smakuje. Teraz wiedziemy obozowe życie na polanie usłanej kolorowymi namiotami, prowizorycznymi latrynami i centralnym dużym namiotem, w którym toczy się życie towarzyskie obozowiczów. U boku tego miasteczka przyszłych lub aktualnych a może i nigdy nie będących himalaistów płynie rzeka, której woda ma kolor różowy, znacie sól himalajską z marketu? Ten kolor. Życie w obozie płynie powoli. To drobne podejścia pod górę, zejścia, podejścia, zejścia, drzemki, coraz bardziej opuchnięte buzie, coraz więcej wypitych Ginger, lemon, honey tea… Szefem namiotu jest Tybetańczyk w puchówce połatanej srebrną taśmą, który wita wszystkich szerokim uśmiechem. Na co dźwigaliśmy tyle liofilizowanego spaghetti bolognese, jak tu za równowartość kilkunastu złotych można dostać ryż z warzywami i daal, może i jakieś mięso, jeśli ktoś jada. Ja nie. Jest i coca cola, chipsy i rum. Najgorszy rum, jaki piłam. Ale piłam. To razem z chłopakami, to za wejście, zejście, podejście, za nas, za was. W base campie ludzie się dzielą na dwie grupy: przed szczytem i po szczycie. Można zatem wypić za powodzenie tych pierwszych, albo sukces tych drugich. Za Polaków! Za nas – jedynych Polaków w bazie. Rozmawiają z nami prawdziwi himalaiści – właśnie trenują swój trzeci ośmiotysięcznik – Dhaulaghiri. Wyprawowy lekarz nie widzi nic ciekawego w opowiadaniu o ośmiotysięcznych szczytach, on pyta nas o Katowice – czy byliśmy kiedyś w Katowicach. No byliśmy, ale o co chodzi? Himalaiści zaczynają się rozpływać nad historią polskich wspinaczy, ich fenomenem i z dumą pokazują Jurka Kukuczkę na ekranach swoich smartfonów. Lubią nas za to, że jesteśmy Polakami. Pewnie też w nas mocną wierzą. A my w siebie?

Jest pięknie, dopóki sam nie wymięknę

Nie jest, bo znowu pada. Kropi. Dokoła chyba są chmury. Jest północ. Wyściubiamy się z namiotów, żeby zrobić herbatę na drogę, zjeść ciepły kisiel i zaraz wyruszyć. Pierwsze 300 metrów znamy, bo podchodziliśmy sobie na luźnych spacerkach, żeby z wyższa popodziwiać okolicę i dopatrzeć się w himalajskich mgłach szczytu, na który dzisiaj mamy wejść. Nie podoba mi się pogoda – będzie mgliście. To jeszcze nie jest ten dzień. Wychodzimy. To nie będzie historia mojego szczytu. To będzie historia nie wejścia i to nawet nie mojego, tylko Darka. Darek to świetny facet, z którym się dobrze działa, miło rozmawia i niezawodnie współpracuje. Fajny gość, który pyta i słucha i już po trzystu metrach przewyższenia zawraca, bo jeden z uczestników naszej wyprawy nie daje rady iść dalej. Darek go odprowadza do bazy a my dzielimy się na zespoły i idziemy. Jakoś bez Darka to tak dziwnie. Trawersujemy po ciemku, jeszcze nie widać nic dokoła, poza świetlistymi plamami oświetlanymi przez czołówki. Robimy przerwę na herbatę, głowa mnie trochę pobolewa, ale w normie. Przecież wiem, że powyżej 5000 metrów ma prawo pobolewać. Wchodzimy na lodowiec. Himalajski lodowiec. Zakładamy raki i tniemy w ciemności będąc jednym z wężyków świecących się czołówek, które wszystkie zmierzają w tym samym kierunku. Przechodzenie przez lodowiec to koronkowa robota sprawnego przemykania między strużkami wody, dokładne ocenianie twardości lodu i badanie kijkami, można, czy nie? Nagle dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał. Wraca Darek. Nie wiem, czy biegł, czy leciał, ale wrócił – idziemy na szczyt. Też mi iście, jak mi jest coraz bardziej niedobrze. Lodowiec za nami i idziemy po wielkich polach kamieni, wzeszło słońce. Wschód słońca w Himalajach na wysokości 5600. Delikatne złote promyki powoli wychodzą zza szarych skał. Kocioł, w którym jesteśmy oblewa się powoli ciepłem i światłem. Mam pierwszy raz w życiu okazje widzieć taki spektakl światła, skał, błyszczącego lodowca w oddali. Jest pięknie i tylko dla nas. Ten widok narasta i słońce wdziera się coraz bardziej. A mi coraz bardziej się chce wymiotować i odbiera mi siły. Wojtek próbuje narzucić rytm – raz, dwa, trzy i oddech, raz dwa, trzy i oddech… Jak się chodzi po górach z samymi chłopakami? Tak, że jak się wymiotuje kilkakrotnie z wiszącymi rękami, to nikt tego jakoś specjalnie nie komentuje. Darek bierze mój plecak, każe ściągnąć czołówkę, odpocząć i iść dalej. Ja wiem, że dalej nie pójdę. Wiem, że moje wycieczka na Stok Kangri zakończyła się właśnie teraz na wysokości 5600. Wyciągnęłam tylko flagę i dałam Wojtkowi, żeby wniósł, żeby ślad LSM DZIECI KORZENI był w Himalajach. Wojtek wejdzie. To wiem. Ja schodzę. W ogóle nie żałuje szczytu. To tylko szczyt. Widziałam ogrom tych gór, moje wejście 600 metrów wyżej naprawdę nie robi nikomu żadnej różnicy, ani nie zmienia świata. Odwrót też jest elementem chodzenia po górach, doświadczeniem. Gdyby było pewne, że za każdym razem się uda, nie robilibyśmy tego. Darek mnie sprowadził do namiotu, kupił mi colę i chwilę ze mną pogadał upewniając się, że czuję się dobrze. Obudziłam się, kiedy chłopaki schodzili ze szczytu. Szczęśliwa, że Wojtkowi, jako drugiej połówce mojej drużyny udało się wejść. Następna góra, która mnie czeka ma niewiele ponad 5600 

Ostatniego dnia naszej wyprawy siedzimy na tarasie jednej z kawiarni w Leh i popijamy parzoną miętę, tak sobie rozmawiamy, że może tu jeszcze wrócimy….

Agata

„Nogi do góry”

mojGdow.pl

Autor: admin

Udostępnij post na: