„Jak przeszedłem na emeryturę, to mam mniej czasu niż jak pracowałam…”- rozmowa z Jerzym Badurą, mieszkańcem Szczytnik

Zapraszamy na rozmowę z mieszkańcem Szczytnik, Panem Jerzym Badurą, któremu sprawy wsi bardzo leżą na sercu. Obecny sołtys, Łukasz Dzierżbiński mówi, że pan Jurek to jedna z tych osób, na których pomoc i radę zawsze może liczyć.

MG: Czy Szczytniki to Pana rodzinna wieś?

JB: Nie, pochodzę z Bilczyc, tam mieszkałem z rodzicami i bratem. Do Szczytnik przeprowadziłem się, kiedy wziąłem ślub. Długomiałem rozdarte serce między tymi dwoma miejscowościami. W Szczytnikach mam najbliższych, żonę i jej rodziców, moje dzieci i wnuki. Tu jest nasze gospodarstwo, tu są nasze sprawy.

MG: Wieś zmieniła się przez te dziesięciolecia?

JB: Bardzo. Miałem wrażenie, że w latach 80-tych zdecydowana większość mieszkańców żyła tu z rolnictwa. W moich oczach to była taka typowo rolnicza wieś, gdzie nie tylko obsiane były pola, ale i hodowano zwierzęta. A teraz? Krowa to rzadkość, czasem się śmieję, że mamy jedną dla ozdoby, jako atrakcję. Bardzo dużo ludzi wyjechało za granicę, niektórzy wrócili, inni nie. Teraz większość młodych szuka zarobku poza rolnictwem, czy to na etacie czy na własną rękę. Oczywiście mamy tu wielkiego przedsiębiorcę, pana Skolarusa, który prowadzi potężne gospodarstwo, ale to wyjątek. Rolnictwo raczej pozostaje w rękach ludzi w moim wieku, rzadziej młodych.

MG: A czy rolnikiem był Pan od zawsze?

JB: Nie. Tak naprawdę rolnictwo w moim życiu pojawiło się wraz ze ślubem i przeprowadzką do Szczytnik. Żona odziedziczyła gospodarstwo po rodzicach, którzy przeszli na emeryturę i od tej pory ona jest rolnikiem, choć teraz już też na emeryturze. Ja pracowałem całe życie na kolei. Przepracowałem tam ponad 40 lat. Miałem zmiany po 12 godzin, więc potem był dzień wolny, był czas, aby zająć się razem z żoną gospodarstwem. Rolnictwo było dla mnie na początku koniecznością. Moi rodzice nie uprawiali pola, była tylko działka. Studiowałem, nie zamierzałem iść w rolnictwo. Życie tak się potoczyło, że po ślubie trafiłem do domu, gdzie żyło się z pracy na roli. Z czasem polubiłem to zajęcie. Cieszy mnie, jak widzę efekty naszej pracy. Zawsze wzorem gospodarza z krwi i kości był dla mnie teść. Choć dziś już mocno leciwy, nadal jest zainteresowany tym, co dzieje się w gospodarstwie, doradza mi, ale i sprawdza i pilnuje.

MG: Czy dzieci lub wnuki złapały bakcyla rolniczego?

JB: Nie, wnuki jeszcze za małe, a córki wybrały działalność pozarolniczą. Najstarsza z nich wspiera nas bardzo w pracy w gospodarstwie, ale to chyba też nie jej bajka. Tak naprawdę nie mam pomysłu, co dalej z tym gospodarstwem. Nawet nie chcę w nie za bardzo inwestować, bo wydaje się, że nie będzie tego komu zostawić. Wygląda na to, że prowadzenie gospodarstwa rolnego skończy się z pokoleniem moim i żony.

MG: Będąc na emeryturze ma Pan pewnie więcej czasu dla siebie, niż kilka lat temu. Jak Pan odpoczywa?

JB: Nie wiem jak to się dzieje, ale jak przeszedłem na emeryturę, to mam mniej czasu niż jak pracowałam; chyba absorbuje mnie więcej spraw. Zawsze jest coś do zrobienia, a to w domu, gdzie opiekujemy się rodzicami żony, w gospodarstwie, czy na wsi. Poza tym są wnuki, z którymi też chcę spędzić trochę czasu. Jestem zagorzałym kibicem, bardzo lubię oglądać sport, wszelaki. Dodatkową przyjemność sprawia mi fakt, że mam z kim zasiadać przed telewizorem. Wspólne kibicowanie z wnukiem to taki nasz mały rytuał. Lubię też bardzo czytać książki, ale przyznaję, że na to często brakuje mi chwili.

MG: Sprawy wsi zajmują Panu dużo czasu?

JB: Zależy co się dzieje. Jak nie mamy jakiejś akcji, to mniej, jak coś wspólnie z innymi mieszkańcami robimy, to więcej. Jedną z większych inwestycji mieszkańców, którą niedawno przeprowadziliśmy była odnowa kaplicy. Nie ma co ukrywać, była to droga sprawa, czasochłonna i pracochłonna. Ale było warto. Ten remont pokazał, jak zgranych i pomocnych mamy mieszkańców. Wiele osób wzięło udział w tym wspólnym przedsięwzięciu. Każdy pomagał jak mógł – jeden przy wycince drzewa, inny przy likwidacji ogrodzenia, jeszcze ktoś inny pomagał przy sprzątaniu. O zakresie wykonanych prac mówiono już wiele, ale dziś jest to nasza chluba, cieszymy się, że wszystko co zostało zaplanowane – a może i więcej – udało się zrobić. Ale tak w Szczytnikach jest od dawna. Pamiętam jak byłem młody, kiedy się przeprowadziłem, budowano we wsi remizę. To też była wielka i ważna sprawa dla mieszkańców. W grupie najbardziej zaangażowanych był mój teść, dzięki któremu zacząłem wtapiać się w życie i sprawy wsi. Pamiętam, że zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, że tak dużo ludzi przychodziło pod tę budowę, jak wszyscy chcieli w tym uczestniczyć. Teraz też się ciągle coś dzieje, mamy młodego, prężnie działającego sołtysa z wieloma pomysłami. Jeśli trzeba pomóc mu je realizować, to staram się go wpierać. Muszę dodać, że Szczytniki zawsze miały szczęście do sołtysów dobrze i długo działających. Kiedy pan Bułat wycofał się z pełnienia funkcji sołtysa ze względu na stan zdrowia, starałem się przekonać Łukasza, aby go zastąpił. Oponował, nie chciał o tym słyszeć. Jednak kiedy w czasie zebrania ktoś zgłosił jego kandydaturę, zgodził się, a inni na niego głosowali czułem, że wieś znów będzie w dobrych rękach.

MG: Nie wspomniał Pan jeszcze o Waszym corocznym pikniku, a to duże przedsięwzięcie…

JB: Od dwóch lat piknik organizowany jest przy remizie, wcześniej był na terenie szkoły i to głównie pracownicy szkoły z dyrektorem zajmowali się organizacją, przy wsparciu naszych grup KGW, OSP i Rady Sołeckiej. Mam wrażenie, że wraz z przenosinami w nowe miejsce, wzrosło zaangażowanie mieszkańców w organizację imprezy. Oczywiście nadal kluczową rolę odgrywają te osoby, które wcześniej się angażowały, ale kilka nowych dołączyło. Pojawiają się też świeże pomysły, jak choćby balon, który w tym roku woził chętnych „góra-dół”. Nieustannie też mamy pomoc sponsorów, m.in gminy Gdów. Każdy kto choć raz współorganizował piknik na wsi czy w szkole wie, jak wiele pracy trzeba w to włożyć. Trzeba pozyskać sponsorów, wypożyczyć ławki, stoły, parasole, potem je przywieźć, rozłożyć, zorganizować dodatkowe atrakcje, występy i załatwić wiele innych spraw. Dlatego każda para rąk do pomocy jest mile widziana. Na szczęście są tacy, na których zawsze można liczyć.

Rozmawiała: Iwona Warchał

 

mojGdow.pl

Autor: admin

Udostępnij post na: