Hodowla gołębi- skrzydlaty konik

Konik, hobby, pasja, sposób na urozmaicenie życia… Dla jednych może to być zbieranie znaczków, dla innych gra na trąbce czy zwiedzanie świata. Albo – hodowla gołębi. Amatorów tego ostatniego zajęcia nie brakuje w okolicach Gdowa, o czym świadczy to, że znajduje się tu nawet małopolski oddział Centrum Zdrowia Gołębi. Mamy także Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych- sekcja Gdów, o której napiszemy już niebawem…

„Gołębiarze” stale są ze sobą w kontakcie. Wymieniają doświadczenia i… gołębie. O tym, jaka jest skala tego zamiłowania świadczą m.in. liczby. Na ostatniej Krajowej Wystawie Gołębi Ozdobnych w Kielcach prezentowano dokładnie 4476 gołębi ozdobnych ze 175 spośród 300 ras zarejestrowanych w Unii Europejskiej. Z całej Polski przyjechało 350 wystawców. Poza gołębiami, które oceniali jurorzy, były też też wystawione na giełdzie do sprzedaży. Klatek naliczono około 1800. Jednym z hodowców gołębi ozdobnych jest Grzegorz Bzdyl ze Zręczyc, posiadacz wielu mistrzowskich tytułów i pucharów, który od dziecka zajmuje się tymi ptakami. – Pasję odziedziczył po dziadku, a pierwsze wspomnienie związane z hodowlą to wyprawa po gołębie z tatą na rowerze. Jechał wtedy na ramie… Miał 5, może 6 lat. Zaczynał od gołębi pocztowych, którymi zajmował się do dwudziestki, potem przyszła dekada na pawiki, którymi „zaraził się” od kolegi, a ostatnio specjalizuje się w rasach wschodnich – takich jak rostowieckie jednokolorowe czy wołożańskie barwnopióre.
Nazwy poszczególnych ras potrafią zadziwić laika, ale zawsze nawiązują do wyglądu czy miejsca pochodzenia. Stąd np. wywrotek wschodniopruski, zakonniczka niemiecka, gołoszyjka rumuńska, felegyhazer (zwany felkiem), dragon, hiszpan, listonosz polski, białe gołębie papieskie… W różnych rejonach kraju popularnością cieszą się różne rasy. Wokół Krakowa hoduje się dużo polskich długodziobych lotnych, które są też koło Warszawy i Łodzi, a w białostockiem – rasy wschodnie. Reguły jednak nie ma – wszystko zależy od upodobań właściciela. Wygląd gołębi zmienia się, a raczej jest zmieniany, w ciągu dziesięcioleci. To efekt starań hodowców, którzy dążą do tego, by eksponować niektóre cechy poszczególnych ras, różniących się upierzeniem, kolorem, sylwetką.
Dla niewtajemniczonych dwa ptaki mogą wyglądać identycznie, ale – jak twierdzą panowie Grzegorz i Jurek, jego kolega po „gołębim fachu” – trzeba patrzyć na szczegóły. To właśnie one decydują o ocenie na wystawach, o zdobytych pucharach i nagrodach i o cenie, za jaką można sprzedać gołębia. Bo amatorów nie brakuje. Niektórych ludzi interesuje nie tyle gołąb, co cena. – Prawdziwy hodowca najpierw ogląda gołębia, a gdy on go zainteresuje, pyta o cenę. Inni pytają o cenę, zanimspojrzą na ptaka. A ceny bywają bardzo różne – od 60, 70 zł aż do 200-300. To zależy od rasy, wyglądu i od popytu na rynku. To tak, jak ze znaczkami – można iść na pocztę i nakupić byle jakich za parę złotych – tłumaczy pan Jurek. – I mówić, że się jest kolekcjonerem. Ale prawdziwy kolekcjoner będzie polował na unikaty i jest gotów zapłacić za nie czasem naprawdę ogromne pieniądze. – W dwóch gołębnikach mam ok 150 ptaków, ale gdy młode „pójdą do ludzi”, zostaje ich koło 60. Robi się pusto – mówi Grzegorz Bzdyl. Nie wszyscy jednak mają co sprzedawać, bo bywa, że nawet wieloletnia hodowla nie dostarcza nowych pokoleń. – Do tego naprawdę trzeba się wiele nauczyć, efekty nie przychodzą od razu – dodaje. A poza tym o gołębie musi się dbać, znać ich potrzeby, angażować się w hodowlę. Nie wystarczy kupić choćby najdroższych i najpiękniejszych ptaków i zostawić ich samym sobie. Żeby prowadzić hodowlaną linię tej samej rasy, trzeba utrzymać kilka pokoleń. To nie te czasy, kiedy gołębnik był na dachu, a ptaki latały po okolicy i podkradały ziarno kurom. Teraz mieszka ją w wolierach, zabezpieczone przed jastrzębiami, karmione specjalnymi mieszankami i leczone, gdy zachorują. Ich wrogiem jest salmonelloza i jeszcze groźniejsza, bo przebiegająca bezobjawowo adenowiroza, na którą nie ma ani szczepionki, ani leków. – Rano, jeszcze przed wyjściem do pracy trzeba dać im jeść. Kiedy są młode – sprawdzać, czy są jajka. Czasem dokarmić w ciągu dnia wylicza pan Grzegorz. Nikt go nie zastąpi, bo żony na razie nie ma, więc może liczyć tylko na siebie. – Pracuję na własny rachunek, w promieniu 20 km od domu – dlatego jeśli trzeba, mogę zawsze przyjechać i sprawdzić, co się dzieje w wolierach – dodaje. Po pracy, jeśli nic się nie dzieje i nie trzeba akurat wyjechać
z druhami z OSP do pożaru czy wypadku, ani grać w piłkę w zręczyckim „Zrywie”, można już swojemu skrzydlatemu hobby poświęcić
więcej czasu.

Barbara Rotter-Stankiewicz

Autor: admin

Udostępnij post na: